czwartek, 18 sierpnia 2011

Ostatnia noc w Twisted River J.Irvinga

John-Irving

Niektórzy mówią, że grafoman. Inni, że jego twórczość albo jest bardzo dobra, albo zupełnie nie do zniesienia. Ja mówię – Ostatnia noc w Twisted River była nudna, jednak kilka razy zostałam zaskoczona. Niemniej, nie mogłam się doczekać ostatniej strony nie ze względu na chęć wiedzy, jak powieść się zakończy, ale ze względu na fakt, że nie lubię odkładać nieprzeczytanych książek. twisted_river

Ostatnia noc w Twisted River miała tylko jeden, oczywiście moim zdaniem, plus – akcja powieści przemierzała przez całe życie bohaterów. To jest coś, co w książkach lubię – można się dowiedzieć jak skończyli, jak ich decyzje wpłynęły na przyszłe losy, co mogli zrobić inaczej, jakie błędy popełnili.

A tych błędów było sporo – wystarczyła jedna fatalna pomyłka 12-letniego chłopca, żeby całe życie zostało oparte na ucieczce przed szalonym człowiekiem. Wbrew temu jednak, co napisałam, o szalonym policjancie wcale nie było aż tak wiele mowy. Jednak każda przeprowadzka bohaterów, każda zmiana nazwiska, stylu życia, wszystko co robili – było podporządkowane tej ucieczce. Dwunastoletni chłopiec, stara żelazna patelnia, Indianka Jane…Pocałunek Wilka.

Średnia książka, dla niektórych może arcydzieło, dla mnie jednak monotonna i jakoś nie mogłam przez nią przebrnąć. Nie oznacza to jednak, że kiedyś do niej nie wrócę i może z innej perspektywy zobaczę życie i losy bohaterów. Moim zdaniem Regulamin tłoczni win był znacznie lepszą powieścią… no, ale .. każdy ma swoje wzloty … większe i mniejsze, a czasami nawet upadki. Uśmiech

sobota, 13 sierpnia 2011

Dobroczynne skutki pływania

Pływanie to podobno jedna z najbezpieczeniejszych form aktywności fizycznej. Pływanie poprawia ogólny stan zdrowia, wpływa na sylwetkę oraz poprawia kondycję fizyczną, dotlenia organizm oraz koryguje wady postawy. Jest to sport dobry zarówno dla zaawansowanych kondycyjnie sportowców, jak również dla amatorów takiego spędzania czasu, często pozbawionych dobrej kondycji. Pływanie jest doskonałym sposobem na relaksowanie się po całodziennych problemach albo... sposobem na pobudzenie do pracy (gdy wybieramy się np. na basen bardzo wcześnie rano). Sama pływam bardzo często, jak tylko mam możliwośc to nawet codziennie. Polecam tę formę rozrywki, ponieważ wpływa genialnie na humor, wspaniale relaksuje, dotlenia organizm, sprawia, że ciało jest bardziej elastyczne.

W moim mieście powstał piękny basen. Było trochę kontrowersji, dlaczego nie jest pełnowymiarowy itd. Pływając tam szary człowiek ma to wszystko w dalekim poważaniu. Gdy robię już kolejną rundkę, to cieszę się, że mam wodę i wolny tor (rano nie ma przeludnienia), a nie martwię się faktem, czy basen jest czy nie jest pełnowymiarowy.

Pływanie jest super - polecam!

Piękne słowa...

Miej cierpliwość do wszystkiego, ale przede wszystkim miej cierpliwość do siebie. Nie trać odwagi przy rozważaniu własnych niedoskonałości, ale natychmiast zacznij im zaradzać - i codziennie zaczynaj tę działalność od nowa.

św. Franciszek Salezy

czwartek, 11 sierpnia 2011

Wirtualny świat… dobrodziejstwo dla nieśmiałych?

Raz jeszcze wracam do sprawy Internetu i wirtualnych znajomości. Ten temat bardzo mnie interesuje, a okazuje się, że jestem tylko amatorką tej tematyki, bo przecież o wirtualnym świecie pisze się się książki, prace doktorskie itd. Sama bardzo lubię komputer i wszystko co z nim związane. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z czyhających niebezpieczeństw. Chociaż nie zawsze potrafię się przed nimi ochronić.

Dzisiaj na tapetę biorę serwisy randkowe (chociaż niektóre tego typu serwisy trochę wzbraniają się od tej nazwy). Osobiście nie mam nic do takich portali, każda szansa na rozmowę, poznanie nowych ludzi, a nawet … może miłości swojego życia jest dobra. Wiadomo, w sieci jest mnóstwo dziwolągów i trudno się przed nimi schować, zwłaszcza gdy ktoś lubi buszować w necie, pokazywać siebie, swoje życie, fotki, filmy itd. Serwisy randkowe są platformą do wirtualnych spotkań, a jak dobrze pójdzie – spotkań w realu. Wśród najpopularniejszych (chyba Uśmiech) na polskim rynku internetowym są: sympatia.pl, edarling.pl, coraz popularniejszy badoo (pierwszy raz zobaczyłam go na facebooku). Są jeszcze randki24… albo dopasowani.pl. Takich portali jest mnóstwo, a jeszcze więcej ludzi na nich. Ludzie ci są spragnieni spotkań, flirtów, nowych znajomości… i pewnie miłości.

Portale randkowe – każdy ma swoje zdanie na ich temat. Moje jest taki, że nie należy krytykować osób, które rejestrują się na serwisach randkowych. Być może to jest ich sposób na spotkanie kogoś wartościowego. Poza tym, osobiście znam dwa małżeństwa, które poznały się przez Internet. A może ci, którzy mają problem (albo pecha) w spotkaniu tej jednej jedynej osoby, spróbują się jednak zarejestrować i poszukać szczęścia. Wybór jest duży….

wtorek, 9 sierpnia 2011

Dwunastu gniewnych ludzi

Nigdy świadomie nie miałam okazji decydować o życiu drugiego człowieka. I, znając swoje słabe nerwy mam nadzieję, że w przyszłości mieć nie będę.

Obejrzałam film “Dwunastu gniewnych ludzi” przez przypadek, wcześniej jakoś nie było ani okazji, ani chęci do oglądania takiego starego filmu. Po seansie jednak jestem pod wrażeniem.. Dwunastu przysięgłych musi zadecydować o winie lub niewinności 18-letniego chłopaka, który prawdopodobnie zabił ojca. Mówię prawdopodobnie, gdyż sędziowie przysięgli to właśnie muszą rozstrzygnąć – zabił czy nie? Jeśli tak – skończy na krześle elektrycznym. 11 mężczyzn jest za winą, jeden tylko jest przeciwny. Jednak nie jest pewny swojego zdania – ma tylko wątpliwości.

Więcej nie będę mówić, żeby nie uchylić rąbka tajemnicy…Wszelkie informacje można znaleźć pod tym adresem (hiperłącze kieruje do serwisu filmowego Filmweb, na stronę przytaczanego filmu – można spokojnie klikać): Dwunastu gniewnych ludzi – 1967

Szokowała mnie jednak nieczułość tych ludzi: jeden z mężczyzn spieszył się na mecz, drugi zmieniał zdanie jak chorągiewka (nawet tak został nazwany), kolejny miał uprzedzenia do mieszkańców slumsów (oskarżany chłopak w takim właśnie miejscu mieszkał)… i tak 12 osób miało się naradzić, myśląc o zupełnie innych sprawach, swoich codziennych problemach i zadecydować o życiu 18-letniego dziecka…

Film pozostawia widza w niepewności… ostatecznie nie przekonałam się czy chłopak jest czy nie jest winny. Niemniej bardzo sugestywnie przedstawia, jak można ludźmi pokierować, jak są zmienni… niepewni… bo jak w takiej sytuacji być pewnym?

Facebookowe i inne –owe znajomości

 Słów kilka o portalach społecznościowych

Portale społecznościowe robią ogromną furorę wśród użytkowników Internetu. Swoje konta (prawdziwe bądź fikcyjne) tworzą wszyscy – od dzieciaków w podstawówce (lub młodszych nawet za pośrednictwem rodziców lub rodzeństwa) do starszych babć, które odświeżają swoje wiadomości i zdobywają wiedzę podstaw obsługi komputera począwszy od sposobów jego włączania. Kariera tychże portali rozpoczęła się już ładnych parę lat temu, oczywiście nie w Polsce, ale i my mamy własną społecznościówkę. Słynna “Nasza Klasa” ściągała miliony na swoje strony. Ludzie chętni odświeżyć znajomości masowo zakładali konta, wrzucali fotki i nie przejmowali się, że za niektóre usługi trzeba płacić. Jak trzeba to trzeba, więc płacili. Ja również miałam konto na portalu i także wiele fotografii i znajomych. W pewnym momencie jednak okazało się, że znajomi bardzo komunikatywni na NK są małomówni w realu. Mało tego, zapraszali mnie “znajomi”, którzy wcale moimi znajomymi nie byli i wcale nie chciałam, żeby byli. Takich delikwentów po prostu ignorowałam. Nasza Klasa wprowadziła przez te kilka lat wiele udogodnień, sprytnych wabików, które przyciągały i wciąż przyciągają kolejnych chętnych do pokazywania swojego życia. Co do pokazywania życia – nie mam nic przeciwko temu. Internet i tak już jest pełen prywatnych zdjęć, dziwnych opowieści (może jak ta moja), blogów bardzo osobistych itd. Nie mnie oceniać, co jest dobre, a co złe w Internecie. Po prostu nie wchodzę tam, gdzie jest nieciekawie lub niebezpiecznie. I tak szary użytkownik Internetu nie wie, że tak naprawdę wszystko to co widzimy, cały interfejs jest tylko przykrywką setek języków i kodów, za pomocą których zbudowana jest sieć.

Poważnym rywalem w polskim świecie społeczności internetowej jest Facebook. Wiele osób już przeniosło się do tego portalu, albo ciągną podwójne konta: na Facebooku i Naszej Klasie. I znowu sytuacja się powtarza – zapraszanie znajomych, akceptowanie zaproszeń (decyzja, czy chcę aby to był mój znajomy jest czasami kluczowa), dodawanie zdjęć i filmów i inne bajery. Utworzenie konta na obu portalach jest bajecznie proste. Wystarczy mieć już wcześniej konto pocztowe, wymyślić jakiś nick (login) i wystarczająco bezpieczne hasło i gotowe! Można korzystać ze swojego konta i najbliższe kilka wieczorów mieć z głowy, bo stworzenie pełnego profilu (dodam, że w miarę sensownego i ładnego) tyle właśnie zajmie.

Fałszywe znajomości

Mimo wszystko wolę znajomych w rzeczywistości. Nieraz przekonałam się, że osoby zapraszające do znajomych (spotkane raz, czy dwa w życiu) – żadnymi znajomymi nie są! Korzystając z Facebooka przyjęłam zasadę, że zapraszam tylko dobrych znajomych, z którymi mam stały kontakt w rzeczywistości (nie tej wirtualnej). Bo cóż to za znajomy, który na Facebooku pisze aktywnie na mojej tablicy, dodaje kolejne posty, komentuje zdjęcia – skoro na żywo ledwo powie cześć i to z łaską ogromną.

Podsumowanie

W sumie warto dbać o przyjaźnie na żywo, w prawdziwej rzeczywistości, trzeba pielęgnować swoje relacje ze znajomymi… a portale społecznościowe mogą nam jedynie w tym pomagać. W końcu oferują cały szereg narzędzi współdzielenia zdjęć, filmów, a nawet tworzenia wspólnych projektów, wypraw itd. Tak, portale na pewno wspomagają nasze życie towarzyskie, ale go nie zastępują i warto o tym pamiętać.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Urlopowy poniedziałek–pracowity jak zawsze

kilka słów o urlopie

Na te 2 tygodnie luzu czekałam bardzo długo, bo przecież rok. Niektórzy (znam takich) nawet na 2 tygodnie nie mogą się wybrać, bo wciąż jest coś ważniejszego, pilniejszego itd. Niemniej, 14 dni laby to wytchnienie nie tylko dla mnie od pracy, czas relaksu, ewentualnych domowych przeróbek, bądź wyprawy wakacyjnej, ale także odpoczynek moich szanownych współpracowników ode mnie. Dziś pobudkę miałam późniejszą o prawie godzinę, czyli oprzytomniałam parę minut przed 6. Pierwsze co zobaczyłam, to brak słońca. Czyli raczej czego nie zobaczyłam? Słońca… Trochę mi mina zrzedła, bo każdy normalny urlopowicz woli gdy jest słonecznie i ciepło (oby nie upalnie), aniżeli zimno i deszczowo. No nic. Słońce czy deszcze, urlop mam i trzeba go jakoś wykorzystać.
Nie mam zaplanowanych wyjazdów, ale urlop zamierzam spędzić bardzo aktywnie. Jednocześnie mam do nadrobienia kilka świeżo kupionych książek, więc na pewno nie przewiduję nudy. Chociaż, nic by się nie stało, gdyby słońce wyszło choć na jeden dzień, bo okna już wypada umyć. Ale… co się odwlecze…


Przygodowa biblioteka

Do pierwszej w życiu biblioteki należałam w wieku 6 lat. Zapisała mnie babcia. Biblioteka mieściła się wśród szeregu sklepów, zaraz koło warzywniaka, kilka bloków od naszego bloku. Długo się tą bliskością ulubionego miejsca przebywania nie nacieszyłam, bo rodzice stwierdzili, że warto się z dorobkiem i trójką własnych dzieciaków przeprowadzić na nowo wybudowane osiedle (albo raczej budowane, bo gdy zaczęliśmy tam mieszkać, to wokół nie było nic, tylko ogromny plac budowy). Utraciłam kontakt z ukochaną biblioteką osiedlową (a przynajmniej na kilka miesięcy), ale tylko dlatego, że przenosiny do innego mieszkania spowodowały, że przeniesiono mnie także do nowej zerówki. W związku z tym, czas zajęły mi nowe koleżanki i koledzy, którzy mieli zawsze świetne pomysły na zabawę i nie myślałam o tym, że warto byłoby wrócić do półek z książkami. Niemniej koleżanki też mogą się znudzić i tak się właśnie stało. Po kilku miesiącach, podczas wizyty u babci, postanowiłam odwiedzić moją “starą” bibliotekę. Do dziś pamiętam układ półek, mimo że minęło od czasu jej zlikwidowania (albo raczej przeniesienia w inne miejsce, jednak dla mnie ten ciasny świat zapełniony książkami po prostu zniknął) ponad 20 lat. Kiedy wchodziłam do budynku na lewo była biblioteka dla dorosłych a po prawej stronie dla dzieciaków. Wtedy biblioteka dla dorosłych jawiła mi się jako miejsce niedostępne, do którego miałam mieć wstęp dopiero w 7 klasie podstawówki, ponieważ wtedy mogła mnie osoba dorosła do niej zapisać. Moja biblioteka dla dzieci była pachnąca, z ciasnymi korytarzykami między półkami. Wtedy wydawało mi się, że tych półek jest tak bardzo dużo… często śniłam o tym, że wędruję pomiędzy nimi i celowo się gubię, żeby nikt mnie nie znalazł. Zapach książek przenikał wszystko, nawet jak już byłam w domu z reklamówką czytadeł czułam go, a jeśli zbyt słabo – wąchałam książki. Zapach biblioteki i książek to, oprócz zapachu lasu, najpiękniejsza woń pod słońcem.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Niedzielne leniuchy

Dni tygodnia – wyliczanka humorzasta

Każdy dzień tygodnia ma dla mnie inne znaczenie i przypisany jest przeze mnie osobiście do odpowiedniego humoru. Ponieważ, wbrew temu co słyszę na Mszy niedzielnej, podczas błogosławieństwa – nie niedziela, a poniedziałek jest pierwszym  (wg mnie) dniem tygodnia, od niego zacznę.

Uwielbiam poniedziałki!

W każdy poniedziałek budzę się pełna energii, z głową pękającą od nowych pomysłów, oczekiwań i nadziei na nadchodzący tydzień. Pobudka jest zwykle rześka, szybka i bez zbytniego ociągania. W zasadzie 15 minut wystarcza mi wtedy na przywrócenie mojej mózgownicy do względnej przytomności. Poprawiam ten efekt przytomności (jeszcze leciutko złudnej) chłodną wodą podczas szybkiego prysznica i gorącą kawą przy śniadaniu. Poniedziałek, poniedziałki….mój ulubiony dzień. W czasach szkolnych było to tak:

Cały tydzień harówka, sprawdziany i zeszyty. Wspomniałam we wczorajszym poście, że systematycznością nie grzeszę, ale w przypadku nauki – wyjątek popełniałam nagminnie. Nie oznacza to, że byłam prymuską, o nie! (choć do prymusów i –ek nic absolutnie nie mam). Zwykle, jako osoba nieco ciekawska nowości – odrabiałam lekcje, uczyłam się tego co potrzeba… szybko, sprawnie i na temat i.. i nic. Buntowniczo przekazywałam tę swoją wiedzę w szkole podczas sprawdzianów, albo i nie przekazywałam, jak mnie któryś belfer zdenerwował. Bunt zwykle się nie opłacał, pyskówka też nie (dlatego teraz jestem grzeczniejsza) i czwórka zamiast piątki wisiała w dzienniku. A później cenzurka Rodzicom moim się średnio podobała. Ale najgorzej nie jest – studia skończyłam, jedne i drugie i wcale się swoich wybryków podstawówkowych nie wstydzę. Wręcz przeciwnie, chciałabym, żeby moje dzieci też nie wierzyły tak we wszystko co w szkole im mówią i każą wkuwać. Przecież wiedzę przekazują też słabi (jak my wszyscy) ludzie, którzy mają lepsze lub gorsze dni, albo lepsze lub nie .. wykształcenie. Mniejsza z tym… po burzliwym tygodniu przychodził weekend. Czas relaksu, odpoczynku i refleksji. Przemyślenia następowały mniej więcej około godziny 16 w niedziele, kiedy już sobie porządnie pospałam, zjadłam obiad i przypomniałam sobie, że następny dzień to do szkoły (później na uczelnię, a obecnie do pracy) trzeba się “zwlec” rano. Po tej, jakże otrzeźwiającej, myśli napływała kolejna – poniedziałek, pierwszy dzień tygodnia, początek…. czyli jeszcze nie wszystko stracone, jeszcze ze mnie nawet ludzie będą, jeszcze może się nauczę grzeczności, a może nawet biologii.

Poniedziałek stał się dla mnie symbolem początku, synonimem nowych spraw, które można jeszcze przeanalizować, na spokojnie. I właśnie w poniedziałki mam zawsze rewelacyjny humor. No, wiadomo, zawsze może ktoś mi go zepsuć, ale tak łatwo z reguły się to nie udaje. W poniedziałki zwykle zabieram się do najtrudniejszych spraw, ponieważ wtedy mam najwięcej energii, dobrego humoru i mnóstwo pozytywnego podejścia do życia. Świat jest zwykle kolorowy, bo poniedziałek jest przecież początkiem, a to co było nie liczy się tak bardzo. Szkoda, że tylko w poniedziałki. Ten dzień tygodnia lubię tak bardzo, że nie zamieniłabym go nawet na dziesiątki sobotnich wieczorów, które także mają dla mnie pewien urok. W całym tygodniu tylko poniedziałek wyzwala we mnie takie ilości motywacji. Po prostu – uwielbiam poniedziałki!

Wtorek – rzeczywistość czy fikcja?

Wtorki lubię średnio. Minął weekend. Minął mój ulubiony poniedziałek.. co mi zostało? Wtorek. A od niego jeszcze daleko do weekendu i mojego ulubionego, pełnego energii dnia. Nie oznacza to, że wtorki marnuję. O nie! Szkoda by było. W końcu ktoś kiedyś słusznie zwrócił uwagę, że “smutek rodzi się zawsze z czasu, który upływa, a nie zostawia owocu” (a ten ktoś, co to powiedział, tudzież napisał, to Antoine de Saint-Exupery). Więc pozostawiam, albo staram się tylko, pozostawiać jakiś owoc z każdego dnia. Nie lubię marnować czasu.

Ostatnio nawet wpadłam na dziwaczny pomysł, żeby spisać pamiętnik dla potomnych. Choćby miały podczas czytania te moje potomki boki zrywać, może warto coś im przekazać. Zastanowię się nad tym. A nóż widelec coś się tym dzieciom, lub pradzieciom spodoba z obecnych czasów, albo potraktują to jako wybitnie historyczne wspomnienia. Ech! wracając do wtorku – żeby pozostawić wspomniane owoce, robię we wtorki dużo, tak dużo, żeby dzień przeszedł szybko i efektywnie (a czasem nawet efektownie). Ostatecznie wtorek mija… sprawnie. Czasami, już w środę zastanawiam się, czy ten wcześniejszy dzień to był, czy go nie było? No ale po efektach wykonanej pracy (dosyć dużej najczęściej) przekonuję się, że wtorek był rzeczywistością, a nie tylko wytworem mojej wyobraźni. Aż czasami szkoda, że tak nie przepadam za wtorkiem, ale trzeba przyznać, że dzięki temu jest niezwykle przydatny – dużo spraw zawsze udaje mi się załatwić.

Środa – pół drogi do raju

Środy to takie specyficzne bestie. Połowa drogi do weekendu, połowa drogi od poniedziałku. Środy toleruję tylko dlatego, że akurat wtedy biblioteka powiatowa, która znajduje sią na moim osiedlu jest czynna aż do 19 i mogę w niej bezkarnie przebywać. To przebywanie ogranicza się z reguły do maksymalnie 40 minut (ale lubię udawać, że mam nieograniczony czas i mogę bez przeszkód błądzić między półkami całymi godzinami – choć z tym “błądzeniem” to przesadzam oczywiście). Czyli dzięki bibliotece środa staje się znośna. Środa z czasów szkolnych i co gorsze – studenckich tak mi zapadła niemile w pamięć, że mam do niej jakąś taką niechęć… prawie jak do pająków, których nie znoszę. Dziwnie się składało (piszę w czasie przeszłym, bo teraz jest ciut inaczej), że akurat w środy miałam najgorsze lekcje (i ćwiczenia w czasie studiów). Środowych zajęć bałam się jak ognia piekielnego. Jak “przeżyłam” w miarę bezstresowo ten dzień, to już byłam szczęśliwa aż do następnej środy. Obecnie trochę mi to zostało, ale raczej środowe przeżycia są mało głębokie. Tylko popołudniu ta biblioteka mnie ratuje. No i ewentualnie rowerowa przejażdżka (jak jest pogoda znośna)… i może jeszcze trochę ten aerobik wieczorny, po którym śpię jak niemowlak.

Czwartek – dzień nadziei

Dzień nadziei głównie na udany weekend. Bo w czwartek najlepiej się planuje weekendowe wyprawy, wypady i przygody. Nawet, jeśli spędzane w domu, a takich jest bez liku. Czwartek jest dosyć energetyczny. Wtedy jakoś odzyskuję siły po tym mało realnym wtorku i nieciekawej środzie. Czwartkowe dni są zwykle dobrze zaplanowane, przemyślane… zwykle, bo zdarzają się przecież niewypały, ale rzadko na szczęście. Taki dzień tygodnia jest jak miła pobudka, bo już prawie weekend, a jeszcze nie koniec tygodnie i pewne sprawy przed niedzielą można zamknąć, domknąć i dopracować.

Piątek – trzecie dzień weekendu

No może z tym weekendem przesadziłam, bo zarówno za czasów szkolny, tak i obecnie nie lubię sobie wolnego piątku robić w sposób sztuczny. Wręcz przeciwnie, wolałam i wciąć wolę, żeby to wokół mnie robiło się pustawo. Obecnie, w pracy, gdy jest jakaś okazja, że długi weekend można sztucznie wydłużyć – nie korzystam z niej. Pozwalam sobie patrzeć jak robią to inni, a ja siedzę sobie w pracy, spokojnie, bezstresowo, nadrabiam ewentualne zaległości albo pracuję nad nowymi pomysłami. Tak, piątki są fajne.

Sobota – pracowitość się przydaje

W sobotę przydaje się pracowitość i spryt, ponieważ pomaga to szybko posprzątać w mieszkaniu, załatwić zakupy i przygotować obiad. A im szybciej się tego dokona, tym prędzej będzie prawdziwy, leniwy weekend. W moim wykonaniu weekend leniwy i prawdziwie relaksujący wygląda tak:

dobra książka (zawsze); basen, rower, działka (z reguły do wyboru); wyjazd do lasu lub nad jakieś jeziorko (w lecie dosyć często, choć tegoroczne lato nie bardzo sprzyja takim formom odpoczynku).

Najbardziej jednak lubię w całej sobocie wieczór. Ten kawałek dnia jest tylko i wyłącznie dla mnie, tylko ja mam do niego prawo i jestem okropnie niezadowolona, gdy ktoś ośmiela się mi przeszkadzać w tych cudownych chwilach. Wtedy mam już posprzątany dom, czystością pachnie, i świeżym powietrzem także w wywietrzonym bardzo dobrze pokoju. Zapalam pachnące lekko świeczki, świecę lampkę nocną, która rzuca na ściany mocno czerwony szlaczek drobniutkich dziurek w osłonce w kształcie serca. Jestem już po długiej kąpieli, przygotowana do prawdziwie babskich zajęć – czyli maseczki, mani- i pedikuru i z aktualną lekturą wieczorną. Wczoraj, po wykonaniu tych wszystkich zabiegów, nie tyle upiększających, co bardziej relaksujących, skończyłam książkę Chmielewskiej – Najstarsza prawnuczka. Mało wymagająca lektura, ale bardzo przyjemna na sobotni, późny wieczór. Nie każda kobieta odnajdzie wytchnienie w takim (wg mnie cudownym) wieczorze, ale dla niektórych na pewno jest to pewien pomysł na wieczór spędzony we własnym towarzystwie. Bo uwaga! ze sobą też warto czuć się dobrze i swobodnie. A sobotnie wieczory utwierdzają mnie w przekonaniu, że dla samej siebie także warto odnaleźć czas w zapracowanym tygodniu.

Leniwa niedziela

Niedziela ma swój stały porządek dnia, odkąd zajęłam jeden pokój u moich dziadków. Rano do kościoła, potem czas wolny, potem obiad, potem czas wolny i potem kolacja. Tyle. Resztę trzeba sobie dopracować i doplanować we własnym zakresie. Ale leniwa niedziela ma to do siebie, że z definicji jest leniwa i wcale nie mam ochoty nic doplanowywać do tego, co już jest. Dlatego najczęściej z błogością i spokojem dostosowuję się do naturalnego trybu niedzielnego dnia i wychodzi mi to na dobre, bo jestem odpowiednio wypoczęta przed poniedziałkiem. A o poniedziałku już zdaje się wspominałam…

sobota, 6 sierpnia 2011

Niecodzienna codzienność

Zabiegana, zamotana i ogólnie zmęczona, nie mam czasu na to, żeby analizować (choćby bardzo krótko) to, co wydarzyło się w ciągu dnia. A dzień mam dość długi, więc zawsze może się coś zdarzyć (i zwykle się zdarza). Kiedy kładę się spać jestem już tak zmęczona, że utrzymanie długopisu w dłoni sprawia mi taką trudność, jak przeniesienie wypranej bielizny w koszu na głowie (tego ostatniego spróbowałam tylko raz, dla szpanu i żartu - jedna próba wystarczyła, ciągotek tego typu już więcej nie miałam, za to bieliznę musiałam wyprać ponownie). Spisywanie moich problemów też uważam za głupotę, bo co Ciebie, ewentualnego Czytelnika (Czytelniczkę - żeby była solidarność jajników) niniejszego bloga, obchodzą moje kłopoty, skoro (zapewne) masz swoje. Niemniej, w "twórczości" tego typu, nastawionej na analizowanie wydarzeń dnia (tygodnia, tudzież miesiąca) nie można pominąć choćby podstawowych kłopocików, kłopotków i innych problematycznych spraw, które Autorka (czyli ja), napotyka na swojej życiowej drodze. A takowych napotykam tak dużo, że czasami brakuje mi pomysłów na ich rozwiązanie. Życiowe wpadki i wypadki, górki i niziny w pracy (ostatnio na szczęście znacznie częściej górki) i zwykłe babskie sprawki - oto tematy moich postów.

O czym będzie ten blog - już wiesz (mniej więcej - chociaż wciąż mniej niż więcej). A teraz krótko o Autorce (Lobelia - dla przypomnienia albo uświadomienia). Nie podaję swojego imienia, bo i po co? Internet jest w większości anonimowy. Haker czy inne pieroństwo i tak się dowie, a ogółowi Czytelników moje imię i nazwisko nie jest do szczęścia potrzebne. Zresztą, czytanie anonimowego bloga jest bardziej ekscytujące - ja tak mam, to i może ktoś jeszcze w tym kraju naszym ma podobnie. Dlaczego Lobelia? otóż bez powodu. No może taki mały powód jest, ale nie jest na tyle istotny, żeby tutaj zanudzać i sztucznie wydłużać "wstępnego posta". Urodziłam się w miejscowości przemysłowej. Samoloty robili w tym mieście, a teraz też coś latającego udało się wytworzyć i nawet wysłać gdzieś za granicę. Mojego miasta nie lubię, ale usilnie próbowałam i wciąż próbuję to zmienić. Na chwilę obecną idze mi to zmienianie marnie, bo zależy od wahań humoru i... pogody. Jak dopisuje humor, to pogoda się psuje. Jak pogoda piękna - to wysyłam cały świat do wszystkich diabłów. A tu chodzi o to, żeby to jakoś zsynchronizować, bo żeby polubić własne miasto - trzeba je poznać (z każdej strony). Do tego przydaje się nieziemsko rower, ładna pogoda i cudny humor (bo reszta to już taka potrzebna nie jest - no może odrobinę kasy i aparat fotograficzny... i jeszcze mapa z najnowszymi ulicami, które powstają jak ... jak... grzyby po deszczu).  Wyposażona w niezbędne akcesoria, w dobrym humorze wyruszam na wyprawę po mieście, która po około 40 minutach nudzi mi się i zatrzymuję się z książką w jakimś parku. Miasto przecież można popoznawać nieco później, a zasłużony odpoczynek po ciężkim zwiedzaniu (aż 40 długich minut!) rodzinnego miasta należy mi się jak psu buda. Po godzinie ruszam dalej, ale ze względu na fakt, że moja doba jest równie długa (!) jak doba pozostałych .... miliardów ludzi - wracam do domu zająć się czymś bardziej twórczym aniżeli zwiedzaniem nielubianego miasta rodzinnego.
Prowadzenie bloga wymaga systematyczności. Ja systematyczna jestem tylko w kilku sprawach - w czytaniu, w przewracaniu się na wszelakiej powierzchni płaskiej i krzywej, w nauce, w grzeczności. W przypadkach innych systematycznością nie grzeszę. Z tą grzecznością pojechałam tak mało skromnie, ale fakt faktem - dawno już odkryłam, że tak mi jakoś lepiej w życiu z grzeczną buzią, aniżeli pyskatą gębą. A takiej też próbowałam! Wracając do pisania postów - systematycznie nie znaczy codziennie. Ale obiecuję (bardziej sobie, aniżeli Wam), że kilka słów dziennie napiszę i skrawki dnia posklejam. I będę to robić tylko późnym wieczorem, szumnie nazwanym już nocą. A na dzisiaj to wszystko, bo mój czas na internetowe przyjemności już się skończył i pora zrobić coś mniej interesującego, ale bardziej pożytecznego.