niedziela, 7 sierpnia 2011

Niedzielne leniuchy

Dni tygodnia – wyliczanka humorzasta

Każdy dzień tygodnia ma dla mnie inne znaczenie i przypisany jest przeze mnie osobiście do odpowiedniego humoru. Ponieważ, wbrew temu co słyszę na Mszy niedzielnej, podczas błogosławieństwa – nie niedziela, a poniedziałek jest pierwszym  (wg mnie) dniem tygodnia, od niego zacznę.

Uwielbiam poniedziałki!

W każdy poniedziałek budzę się pełna energii, z głową pękającą od nowych pomysłów, oczekiwań i nadziei na nadchodzący tydzień. Pobudka jest zwykle rześka, szybka i bez zbytniego ociągania. W zasadzie 15 minut wystarcza mi wtedy na przywrócenie mojej mózgownicy do względnej przytomności. Poprawiam ten efekt przytomności (jeszcze leciutko złudnej) chłodną wodą podczas szybkiego prysznica i gorącą kawą przy śniadaniu. Poniedziałek, poniedziałki….mój ulubiony dzień. W czasach szkolnych było to tak:

Cały tydzień harówka, sprawdziany i zeszyty. Wspomniałam we wczorajszym poście, że systematycznością nie grzeszę, ale w przypadku nauki – wyjątek popełniałam nagminnie. Nie oznacza to, że byłam prymuską, o nie! (choć do prymusów i –ek nic absolutnie nie mam). Zwykle, jako osoba nieco ciekawska nowości – odrabiałam lekcje, uczyłam się tego co potrzeba… szybko, sprawnie i na temat i.. i nic. Buntowniczo przekazywałam tę swoją wiedzę w szkole podczas sprawdzianów, albo i nie przekazywałam, jak mnie któryś belfer zdenerwował. Bunt zwykle się nie opłacał, pyskówka też nie (dlatego teraz jestem grzeczniejsza) i czwórka zamiast piątki wisiała w dzienniku. A później cenzurka Rodzicom moim się średnio podobała. Ale najgorzej nie jest – studia skończyłam, jedne i drugie i wcale się swoich wybryków podstawówkowych nie wstydzę. Wręcz przeciwnie, chciałabym, żeby moje dzieci też nie wierzyły tak we wszystko co w szkole im mówią i każą wkuwać. Przecież wiedzę przekazują też słabi (jak my wszyscy) ludzie, którzy mają lepsze lub gorsze dni, albo lepsze lub nie .. wykształcenie. Mniejsza z tym… po burzliwym tygodniu przychodził weekend. Czas relaksu, odpoczynku i refleksji. Przemyślenia następowały mniej więcej około godziny 16 w niedziele, kiedy już sobie porządnie pospałam, zjadłam obiad i przypomniałam sobie, że następny dzień to do szkoły (później na uczelnię, a obecnie do pracy) trzeba się “zwlec” rano. Po tej, jakże otrzeźwiającej, myśli napływała kolejna – poniedziałek, pierwszy dzień tygodnia, początek…. czyli jeszcze nie wszystko stracone, jeszcze ze mnie nawet ludzie będą, jeszcze może się nauczę grzeczności, a może nawet biologii.

Poniedziałek stał się dla mnie symbolem początku, synonimem nowych spraw, które można jeszcze przeanalizować, na spokojnie. I właśnie w poniedziałki mam zawsze rewelacyjny humor. No, wiadomo, zawsze może ktoś mi go zepsuć, ale tak łatwo z reguły się to nie udaje. W poniedziałki zwykle zabieram się do najtrudniejszych spraw, ponieważ wtedy mam najwięcej energii, dobrego humoru i mnóstwo pozytywnego podejścia do życia. Świat jest zwykle kolorowy, bo poniedziałek jest przecież początkiem, a to co było nie liczy się tak bardzo. Szkoda, że tylko w poniedziałki. Ten dzień tygodnia lubię tak bardzo, że nie zamieniłabym go nawet na dziesiątki sobotnich wieczorów, które także mają dla mnie pewien urok. W całym tygodniu tylko poniedziałek wyzwala we mnie takie ilości motywacji. Po prostu – uwielbiam poniedziałki!

Wtorek – rzeczywistość czy fikcja?

Wtorki lubię średnio. Minął weekend. Minął mój ulubiony poniedziałek.. co mi zostało? Wtorek. A od niego jeszcze daleko do weekendu i mojego ulubionego, pełnego energii dnia. Nie oznacza to, że wtorki marnuję. O nie! Szkoda by było. W końcu ktoś kiedyś słusznie zwrócił uwagę, że “smutek rodzi się zawsze z czasu, który upływa, a nie zostawia owocu” (a ten ktoś, co to powiedział, tudzież napisał, to Antoine de Saint-Exupery). Więc pozostawiam, albo staram się tylko, pozostawiać jakiś owoc z każdego dnia. Nie lubię marnować czasu.

Ostatnio nawet wpadłam na dziwaczny pomysł, żeby spisać pamiętnik dla potomnych. Choćby miały podczas czytania te moje potomki boki zrywać, może warto coś im przekazać. Zastanowię się nad tym. A nóż widelec coś się tym dzieciom, lub pradzieciom spodoba z obecnych czasów, albo potraktują to jako wybitnie historyczne wspomnienia. Ech! wracając do wtorku – żeby pozostawić wspomniane owoce, robię we wtorki dużo, tak dużo, żeby dzień przeszedł szybko i efektywnie (a czasem nawet efektownie). Ostatecznie wtorek mija… sprawnie. Czasami, już w środę zastanawiam się, czy ten wcześniejszy dzień to był, czy go nie było? No ale po efektach wykonanej pracy (dosyć dużej najczęściej) przekonuję się, że wtorek był rzeczywistością, a nie tylko wytworem mojej wyobraźni. Aż czasami szkoda, że tak nie przepadam za wtorkiem, ale trzeba przyznać, że dzięki temu jest niezwykle przydatny – dużo spraw zawsze udaje mi się załatwić.

Środa – pół drogi do raju

Środy to takie specyficzne bestie. Połowa drogi do weekendu, połowa drogi od poniedziałku. Środy toleruję tylko dlatego, że akurat wtedy biblioteka powiatowa, która znajduje sią na moim osiedlu jest czynna aż do 19 i mogę w niej bezkarnie przebywać. To przebywanie ogranicza się z reguły do maksymalnie 40 minut (ale lubię udawać, że mam nieograniczony czas i mogę bez przeszkód błądzić między półkami całymi godzinami – choć z tym “błądzeniem” to przesadzam oczywiście). Czyli dzięki bibliotece środa staje się znośna. Środa z czasów szkolnych i co gorsze – studenckich tak mi zapadła niemile w pamięć, że mam do niej jakąś taką niechęć… prawie jak do pająków, których nie znoszę. Dziwnie się składało (piszę w czasie przeszłym, bo teraz jest ciut inaczej), że akurat w środy miałam najgorsze lekcje (i ćwiczenia w czasie studiów). Środowych zajęć bałam się jak ognia piekielnego. Jak “przeżyłam” w miarę bezstresowo ten dzień, to już byłam szczęśliwa aż do następnej środy. Obecnie trochę mi to zostało, ale raczej środowe przeżycia są mało głębokie. Tylko popołudniu ta biblioteka mnie ratuje. No i ewentualnie rowerowa przejażdżka (jak jest pogoda znośna)… i może jeszcze trochę ten aerobik wieczorny, po którym śpię jak niemowlak.

Czwartek – dzień nadziei

Dzień nadziei głównie na udany weekend. Bo w czwartek najlepiej się planuje weekendowe wyprawy, wypady i przygody. Nawet, jeśli spędzane w domu, a takich jest bez liku. Czwartek jest dosyć energetyczny. Wtedy jakoś odzyskuję siły po tym mało realnym wtorku i nieciekawej środzie. Czwartkowe dni są zwykle dobrze zaplanowane, przemyślane… zwykle, bo zdarzają się przecież niewypały, ale rzadko na szczęście. Taki dzień tygodnia jest jak miła pobudka, bo już prawie weekend, a jeszcze nie koniec tygodnie i pewne sprawy przed niedzielą można zamknąć, domknąć i dopracować.

Piątek – trzecie dzień weekendu

No może z tym weekendem przesadziłam, bo zarówno za czasów szkolny, tak i obecnie nie lubię sobie wolnego piątku robić w sposób sztuczny. Wręcz przeciwnie, wolałam i wciąć wolę, żeby to wokół mnie robiło się pustawo. Obecnie, w pracy, gdy jest jakaś okazja, że długi weekend można sztucznie wydłużyć – nie korzystam z niej. Pozwalam sobie patrzeć jak robią to inni, a ja siedzę sobie w pracy, spokojnie, bezstresowo, nadrabiam ewentualne zaległości albo pracuję nad nowymi pomysłami. Tak, piątki są fajne.

Sobota – pracowitość się przydaje

W sobotę przydaje się pracowitość i spryt, ponieważ pomaga to szybko posprzątać w mieszkaniu, załatwić zakupy i przygotować obiad. A im szybciej się tego dokona, tym prędzej będzie prawdziwy, leniwy weekend. W moim wykonaniu weekend leniwy i prawdziwie relaksujący wygląda tak:

dobra książka (zawsze); basen, rower, działka (z reguły do wyboru); wyjazd do lasu lub nad jakieś jeziorko (w lecie dosyć często, choć tegoroczne lato nie bardzo sprzyja takim formom odpoczynku).

Najbardziej jednak lubię w całej sobocie wieczór. Ten kawałek dnia jest tylko i wyłącznie dla mnie, tylko ja mam do niego prawo i jestem okropnie niezadowolona, gdy ktoś ośmiela się mi przeszkadzać w tych cudownych chwilach. Wtedy mam już posprzątany dom, czystością pachnie, i świeżym powietrzem także w wywietrzonym bardzo dobrze pokoju. Zapalam pachnące lekko świeczki, świecę lampkę nocną, która rzuca na ściany mocno czerwony szlaczek drobniutkich dziurek w osłonce w kształcie serca. Jestem już po długiej kąpieli, przygotowana do prawdziwie babskich zajęć – czyli maseczki, mani- i pedikuru i z aktualną lekturą wieczorną. Wczoraj, po wykonaniu tych wszystkich zabiegów, nie tyle upiększających, co bardziej relaksujących, skończyłam książkę Chmielewskiej – Najstarsza prawnuczka. Mało wymagająca lektura, ale bardzo przyjemna na sobotni, późny wieczór. Nie każda kobieta odnajdzie wytchnienie w takim (wg mnie cudownym) wieczorze, ale dla niektórych na pewno jest to pewien pomysł na wieczór spędzony we własnym towarzystwie. Bo uwaga! ze sobą też warto czuć się dobrze i swobodnie. A sobotnie wieczory utwierdzają mnie w przekonaniu, że dla samej siebie także warto odnaleźć czas w zapracowanym tygodniu.

Leniwa niedziela

Niedziela ma swój stały porządek dnia, odkąd zajęłam jeden pokój u moich dziadków. Rano do kościoła, potem czas wolny, potem obiad, potem czas wolny i potem kolacja. Tyle. Resztę trzeba sobie dopracować i doplanować we własnym zakresie. Ale leniwa niedziela ma to do siebie, że z definicji jest leniwa i wcale nie mam ochoty nic doplanowywać do tego, co już jest. Dlatego najczęściej z błogością i spokojem dostosowuję się do naturalnego trybu niedzielnego dnia i wychodzi mi to na dobre, bo jestem odpowiednio wypoczęta przed poniedziałkiem. A o poniedziałku już zdaje się wspominałam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz