Zabiegana, zamotana i ogólnie zmęczona, nie mam czasu na to, żeby analizować (choćby bardzo krótko) to, co wydarzyło się w ciągu dnia. A dzień mam dość długi, więc zawsze może się coś zdarzyć (i zwykle się zdarza). Kiedy kładę się spać jestem już tak zmęczona, że utrzymanie długopisu w dłoni sprawia mi taką trudność, jak przeniesienie wypranej bielizny w koszu na głowie (tego ostatniego spróbowałam tylko raz, dla szpanu i żartu - jedna próba wystarczyła, ciągotek tego typu już więcej nie miałam, za to bieliznę musiałam wyprać ponownie). Spisywanie moich problemów też uważam za głupotę, bo co Ciebie, ewentualnego Czytelnika (Czytelniczkę - żeby była solidarność jajników) niniejszego bloga, obchodzą moje kłopoty, skoro (zapewne) masz swoje. Niemniej, w "twórczości" tego typu, nastawionej na analizowanie wydarzeń dnia (tygodnia, tudzież miesiąca) nie można pominąć choćby podstawowych kłopocików, kłopotków i innych problematycznych spraw, które Autorka (czyli ja), napotyka na swojej życiowej drodze. A takowych napotykam tak dużo, że czasami brakuje mi pomysłów na ich rozwiązanie. Życiowe wpadki i wypadki, górki i niziny w pracy (ostatnio na szczęście znacznie częściej górki) i zwykłe babskie sprawki - oto tematy moich postów.
O czym będzie ten blog - już wiesz (mniej więcej - chociaż wciąż mniej niż więcej). A teraz krótko o Autorce (Lobelia - dla przypomnienia albo uświadomienia). Nie podaję swojego imienia, bo i po co? Internet jest w większości anonimowy. Haker czy inne pieroństwo i tak się dowie, a ogółowi Czytelników moje imię i nazwisko nie jest do szczęścia potrzebne. Zresztą, czytanie anonimowego bloga jest bardziej ekscytujące - ja tak mam, to i może ktoś jeszcze w tym kraju naszym ma podobnie. Dlaczego Lobelia? otóż bez powodu. No może taki mały powód jest, ale nie jest na tyle istotny, żeby tutaj zanudzać i sztucznie wydłużać "wstępnego posta". Urodziłam się w miejscowości przemysłowej. Samoloty robili w tym mieście, a teraz też coś latającego udało się wytworzyć i nawet wysłać gdzieś za granicę. Mojego miasta nie lubię, ale usilnie próbowałam i wciąż próbuję to zmienić. Na chwilę obecną idze mi to zmienianie marnie, bo zależy od wahań humoru i... pogody. Jak dopisuje humor, to pogoda się psuje. Jak pogoda piękna - to wysyłam cały świat do wszystkich diabłów. A tu chodzi o to, żeby to jakoś zsynchronizować, bo żeby polubić własne miasto - trzeba je poznać (z każdej strony). Do tego przydaje się nieziemsko rower, ładna pogoda i cudny humor (bo reszta to już taka potrzebna nie jest - no może odrobinę kasy i aparat fotograficzny... i jeszcze mapa z najnowszymi ulicami, które powstają jak ... jak... grzyby po deszczu). Wyposażona w niezbędne akcesoria, w dobrym humorze wyruszam na wyprawę po mieście, która po około 40 minutach nudzi mi się i zatrzymuję się z książką w jakimś parku. Miasto przecież można popoznawać nieco później, a zasłużony odpoczynek po ciężkim zwiedzaniu (aż 40 długich minut!) rodzinnego miasta należy mi się jak psu buda. Po godzinie ruszam dalej, ale ze względu na fakt, że moja doba jest równie długa (!) jak doba pozostałych .... miliardów ludzi - wracam do domu zająć się czymś bardziej twórczym aniżeli zwiedzaniem nielubianego miasta rodzinnego.
Prowadzenie bloga wymaga systematyczności. Ja systematyczna jestem tylko w kilku sprawach - w czytaniu, w przewracaniu się na wszelakiej powierzchni płaskiej i krzywej, w nauce, w grzeczności. W przypadkach innych systematycznością nie grzeszę. Z tą grzecznością pojechałam tak mało skromnie, ale fakt faktem - dawno już odkryłam, że tak mi jakoś lepiej w życiu z grzeczną buzią, aniżeli pyskatą gębą. A takiej też próbowałam! Wracając do pisania postów - systematycznie nie znaczy codziennie. Ale obiecuję (bardziej sobie, aniżeli Wam), że kilka słów dziennie napiszę i skrawki dnia posklejam. I będę to robić tylko późnym wieczorem, szumnie nazwanym już nocą. A na dzisiaj to wszystko, bo mój czas na internetowe przyjemności już się skończył i pora zrobić coś mniej interesującego, ale bardziej pożytecznego.