poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Urlopowy poniedziałek–pracowity jak zawsze
Przygodowa biblioteka
Do pierwszej w życiu biblioteki należałam w wieku 6 lat. Zapisała mnie babcia. Biblioteka mieściła się wśród szeregu sklepów, zaraz koło warzywniaka, kilka bloków od naszego bloku. Długo się tą bliskością ulubionego miejsca przebywania nie nacieszyłam, bo rodzice stwierdzili, że warto się z dorobkiem i trójką własnych dzieciaków przeprowadzić na nowo wybudowane osiedle (albo raczej budowane, bo gdy zaczęliśmy tam mieszkać, to wokół nie było nic, tylko ogromny plac budowy). Utraciłam kontakt z ukochaną biblioteką osiedlową (a przynajmniej na kilka miesięcy), ale tylko dlatego, że przenosiny do innego mieszkania spowodowały, że przeniesiono mnie także do nowej zerówki. W związku z tym, czas zajęły mi nowe koleżanki i koledzy, którzy mieli zawsze świetne pomysły na zabawę i nie myślałam o tym, że warto byłoby wrócić do półek z książkami. Niemniej koleżanki też mogą się znudzić i tak się właśnie stało. Po kilku miesiącach, podczas wizyty u babci, postanowiłam odwiedzić moją “starą” bibliotekę. Do dziś pamiętam układ półek, mimo że minęło od czasu jej zlikwidowania (albo raczej przeniesienia w inne miejsce, jednak dla mnie ten ciasny świat zapełniony książkami po prostu zniknął) ponad 20 lat. Kiedy wchodziłam do budynku na lewo była biblioteka dla dorosłych a po prawej stronie dla dzieciaków. Wtedy biblioteka dla dorosłych jawiła mi się jako miejsce niedostępne, do którego miałam mieć wstęp dopiero w 7 klasie podstawówki, ponieważ wtedy mogła mnie osoba dorosła do niej zapisać. Moja biblioteka dla dzieci była pachnąca, z ciasnymi korytarzykami między półkami. Wtedy wydawało mi się, że tych półek jest tak bardzo dużo… często śniłam o tym, że wędruję pomiędzy nimi i celowo się gubię, żeby nikt mnie nie znalazł. Zapach książek przenikał wszystko, nawet jak już byłam w domu z reklamówką czytadeł czułam go, a jeśli zbyt słabo – wąchałam książki. Zapach biblioteki i książek to, oprócz zapachu lasu, najpiękniejsza woń pod słońcem.